niedziela, 11 grudnia 2016

2016

Rok 2016. dobiega końca.
Na szczęście.
Był to chyba dla mnie najtrudniejszy rok w życiu.
Rok w którym nic nie szło po mojej myśli i postanowiłam to zmienić.
Rok w którym już czołgałam się przy granicy wytrzymałości psychicznej.
W którym chciałam powiedzieć wszystkim, że coś jest nie tak, bardzo nie tak, a z uśmiechem musiałam mówić, że wszystko jest ok.
Bo nie chciałam nikogo martwić. Bo niektórych rzeczy podobno nie można nam, osobom publicznym, mówić.
Nie chciałabym nikogo obwiniać, bo winna mogę być tylko sama sobie.

Czego się nauczyłam?

"Odliczałam dni, teraz liczę już na siebie i chodzę po ziemi cześciej, niż po niebie."

A to wers z mojej nowej piosenki. Jeszcze oczywiście nieopublikowanej.
Ale właśnie tego głównie się nauczyłam. Że nie można być naiwniakiem i na kogoś ciągle liczyć.
Tylko trzeba stawiać na swoim, bo gdy jesteś dla wszystkich miły, to... nie jesteś szanowany.

"Musisz być bestią. To jedyny sposób na to, by Cię szanowali" powiedziała kiedyś Nicki Minaj, jedna z moich idolek. I mimo, że to niefajne - to miała rację.

I zawodowo, i prywatnie gdzieś tłukłam się po ścianach z dwoma znakami zapytania w oczach.
Nie mogłam się skupić, pisać piosenek, bo nie wiedziałam co dalej.
Czułam, że wszystkich zawodzę, że tyle osób wciąż czeka na moją płytę. Czemu inni co chwilę coś wydają, a ja stoję w miejscu? W końcu odważyłam się, znalazłam powód i zmieniłam wszystko.

I nie ufam już ludziom tak bardzo.

Moje grono znajomych bardzo się zawęziło. Ci, których nazywałam przyjaciółmi - na szczęście wszyscy są. Co do jednego, haha. Ale Ci "nowi znajomi" ? Nie. Nie. N. I. E.

Bo trochę przytłaczają mnie tu nowe znajomości. Po co mi ludzie do których nie zadzwonię o 2-ej w nocy z prośbą o pomoc? Oczywiście nie wszyscy są tacy.

Mam też nowych znajomych, którzy może nie są codziennie utrzymywani kontaktem, ale wiem, że zawsze by mi pomogli. Reszty nie potrzebuję.

I co do chodzenia po ziemi częściej. To takie po prostu... rozczarowanie.
Rozczarowanie właśnie głównie ludźmi. Mało w tym "szołbizie" tych takich czysto dobrych ludzi.
Bezinteresownych. Ale ja wiadomo. Trochę chyba jestem kosmitą wymagając od ludzi dobra.

To pierwsza sprawa.
Druga:

Cały ten chaos, brak nowych piosenek, brak ciągłości w tworzeniu i poczucia bezpieczeństwa zabrały mi też trochę pewności siebie. Mało słyszałam dobrego. Więc po tym wszystkim wchodząc do nowego studia, do genialnych artystów, poczułam się strasznie mała i niewystarczająca. Miałam swoje teksty, swoje melodie, ale nie czułam, żeby były wystarczająco dobre. Okazało się, że... są. Że jednak umiem, ale bardzo trzeba mnie teraz popychać do przodu, żebym dała z siebie więcej. Nie dlatego, że nie chcę dawać z siebie 3000%. Bo chcę. Ale mam blokadę.

2016 założył mi blokadę.

Ale staram się. Już zebrałam się sama w sobie i lecę dalej.
Dzięki Bogu, mam Was. Mam dla kogo, mam po co. Bo w tym wszystkim łatwo się pogubić.


To nie jest łatwy świat. Tutaj rządzi bezwzględność. Szołbiz.


Tak jak sobie oglądam wokalistki śpiewające o spełnianiu marzeń, to trochę im zazdroszczę, haha. I nie mówię tego złośliwie. Dziewczyny są turbo utalentowane, trzymam za nie kciuki, bo wydają coraz lepsze rzeczy! I jest to fajne, potrzebne. Ale ja tu bardziej o kontencie. Który już nie czuję, żeby był dla mnie. Też kiedyś byłam młodsza i skakałam po scenie w tiulowych spódniczkach. Pamiętam jak to było. Fajnie było, ale kurde. Mam 22 lata. To już trochę co innego. Dlatego też dogadaliśmy się z Remikiem, co do decyzji o wytwórni. I dostałam od niego najlepsze słowa na świecie. Że nieważne co będę i gdzie będę to on trzyma za mnie kciuki. I ja wiem, że zawsze można na niego liczyć.

Ale żeby tak nie ponurzyć.

Teraz bardziej zależy mi na jakości tego co robię, patrzę bardzo mocno do góry i czuję, że mogę baaaaardzo dużo. Wierzę bardzo w to, co teraz robimy. Poza materiałem z Patrykiem i chłopakami z Young Stadium Club sięgamy dalej. Po zagraniczne produkcje. Tak. Nic się tu nie zmienia, wręcz wachlarz możliwości się powiększył. Co tu się dzieje w tej wytwórni to jedno wielkie: woooow. Tu się tyle tworzy, tyle genialnych rzeczy produkuje. To jakie nazwiska tutaj skaczą, dla jakich artystów te nazwiska pracowały - to dla mnie jakiś pogrooom.

Dlatego niech już ten 2016 się kończy. 2017 będzie ciekawy. Oj bardzo ciekawy.
I na pewno lepszy. Obiecuję Wam to. Kurde nie wiem, czy komuś się tak należy dobra płyta, jak Saszanatorom.

Albo wiem. Saszanatorom należy się najwięcej, haha. Koniec kropka.


Od poprzedniej notki w sumie trochę się zmieniło.
Powoli oswajam się z nowym otoczeniem, nowymi ludźmi, nowym rytmem pracy.
Wychodzę zawsze ze studia z uśmiechem. I czuję, że nic nie działo się bez przyczyny.
Jest jeszcze parę osób, które mi zawadzają i sieją niefajne rzeczy, ale mam to w dupie.
Karma.

A gdy wydaje mi się, że mam problem, to wracam do czytania książki Szymona Hołowni "Jak robić dobrze" o jego działalności w hospicjum w Afryce. Polecam.

Jest supi. To najważniejsze. To nie jest takie ogólne podsumowanie 2016. Tylko pojedyncze refleksje. Myślę, że wstawię jeszcze jakiś gruby wpis o tych NAJLEPSZYCH momentach 2016. Przecież tego działo się więcej, i było wiele naszych wspólnych, wspaniałych chwil!
Koncerty, obozy, spotkania. To wciąż mam w kalendarzu jako "te cudowne dni", haha.

Ale takich w przyszłym roku będzie więcej. Widzę Wasze wiadomości, że tęsknicie. Ja też tęsknie. Ale spokojnie. Jeszcze będziecie mieli mnie dosyć, haha.

Dziękuję za wszystko


Luv,
Saszix


niedziela, 9 października 2016

Ile siły trzeba mieć

Wszystko ma swoje złe, i dobre strony. Mieszkanie samemu jest, ogólnie rzecz biorąc, wspaniałe. Lubię sama decydować o sobie. Decydować kiedy, z kim, wg. mojego planu. Już mocno ponad rok mieszkam sama i zmieniło to wszystko o miliard stopni. Nauczyłam się wielu nowych rzeczy, staję się bardziej systematyczna, umiem gotować (i o dziwo - świetnie mi to wychodzi!). Z utrzymaniem porządku wciąż ciężko, ale moi znajomi na pewno przyznają, że jest coraz lepiej. Staram się. Sprowadziło mnie to też na ziemię. Codzienne zakupy spożywcze i ogólnodomowe to nie taka prosta sprawa. A jakie zdziwienie do tej pory wywołują u mnie ceny. Utrzymywanie się samemu uczy szacunku. Szacunku nie tylko do pieniędzy, ale i do... rodziców.

Żeby nie było - zawsze szanowałam moją rodzinę. Nawet, gdy jako zbuntowana nastolatka wykrzykiwałam jak to ich nienawidzę, jak to mam najgorszych rodziców na świecie, bo dostałam szlaban na internet. Wiadomo, haha. Zdarzyło się. Ale zawsze byłam wychowana w szacunku do rodziców, dziadków etc. i w życiu codziennym jakiekolwiek złe słowa na nich w życiu nie przeszłyby mi przez gardło.

Ale po dłuższym czasie mieszkania samemu, zdajesz sobie sprawę, że to, że w domu zawsze był ciepły obiadek, zawsze było czystko, wszystko na miejscu - to nie jest wcale takie proste i oczywiste.
Może i rodzice chcieli mnie wychować pod delikatnym kloszem, nie rozmawiali ze mną o swoich sprawach, ale głupia nie byłam. Wiedziałam, że raz jest lepiej, raz jest gorzej.

Teraz patrząc w tył, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak mi głupio, gdy zrzędziłam, że iPod nie w takim kolorze, że wszyscy wokół coś już mają, a ja muszę czekać. Bo ta koleżanka to ma szmaragdy, ta diamenty, a ja nie. Jakie to dziecinne i głupie. Teraz się z tego śmieję, ale daje mi to do myślenia. Zawsze miałam to co chciałam, bo mam takich rodziców, że serio - chodzili by nago, żebyśmy tylko ja i mój brat mieli to chcemy.

Skąd nagle takie rozkminy? Jest niedziela. U mnie w rodzinie to bardzo ważny dzień. Jestem wychowana po religijnemu, więc najpierw Msza, potem wspólny obiad, kawka, pogadanki...

A teraz wygląda to trochę inaczej. Siedzę z laptopem, muzyką. Robię sobie obiadek sama, jem go sama. A kawka tak samemu też średnio smakuje. Aż tęskni się za gadaniem taty o pajacach w polityce, brata o jakichś nowych grach, ostatnim meczu Barcy, albo przepysznej herbatce mamy z miodem i imbirem. Mieszkają niedaleko, więc to nie tak, że lamentuje. Ale pewnie domyślacie się, że to co innego. Fajnie jest z rodzinką. Nawet jak się czasem kłócą, że talerze lecą.

Doceniajcie swoje rodzinki. Wiem, że do niektórych spraw trzeba dojrzeć, i dojść samemu. Ale może moja historyjka coś tam zmieni :)


A co tam nowego?

Wspomniałam, że siedzę z laptopem i muzyką. Moją nową muzyką :)
Cały czas tworzymy materiał na moją drugą, wyczekiwaną płytę.
Jak wiecie, lub i nie, podpisałam kontrakt z jedną z największych wytwórni w Polsce i na świecie - UNIVERSAL MUSIC POLSKA. Z czego jestem ogromnie szczęśliwa. Negocjacje trwały długo, nie tylko z tą wytwórnią. Ale myślę, że podjęłam dobrą decyzję. Cokolwiek by nie gadali...
UNI już od początku dali mi "nielimitowany" dostęp do studia nagraniowego, Dominic z Young Stadium Club skomponował mi nowy utwór, a Patryk Kumór czuwa i też komponuje dla mnie jak szalony :) Mam super możliwości. I w związku z producentami, muzykami, duetami... ŁOJEEEJ. Rozkręcamy się. Nie mam jeszcze konkretnego info "kiedy singiel", czy "kiedy płyta", bo potrzebuję jeszcze chwilkę czasu, żeby odnaleźć się w nowych warunkach, poznać z ekipa Universala i rozhulać na całego. Przy płycie, jak i po prostu przy mnie, będzie pracować teraz mniej/więcej grupa 10 osób.

Będzie super. Nie może nie być. Chcę zrobić taką płytę, która pozamyka wszystkim zawistnym osobom buzie. Nie będę szczekać w internecie, po prostu zrobię to co do mnie należy - zrobię dobrą pop płytę.
Bo się należy i mi, i WAM. Przede wszystkim Wam.

Odetchnęłam. Bo ostatnie miesiące nie należały dla mnie do najprzyjemniejszych. Ale już jest ok. Coś wielkiego, jakby kamień ze mnie spadł. Teraz tylko do przodu.
Jeju, jak się cieszę, że wciąż jesteście. Dla osoby, która wydała ostatni album 100 lat temu... Żenujący fakt. ALE:
ILE SIŁY TRZEBA MIEEEĆ, BY MIMO WSZYSTKO CIĄGLE BIEEC I IE PATRZEĆ W TYYYYŁ.

To już nie patrzę.
I wy też nie patrzcie.
LET IT HAPPEN, czyli niech się dzieje, czy coś w tym stylu.

luv, haha
a wręcz
KOCHAM NAD ŻYCIE


Saszix